Za mną bardzo udany weekend w górach z synem (wymagający młody człowiek!). Wróciłem na narty po ponad dziesięcioletniej przerwie, co sprawiło, że podświadomie działałem na ogromnym napięciu. I choć czułem się świetnie, mechanizm nagrody zalany dopaminą i adrenaliną odbił się tak głęboką kompensacją, że przez kolejne dni nie byłem w stanie zrobić kompletnie nic w kwestii treningu.
Moja głowa zdążyła w tym czasie przekopać wszystkie możliwe scenariusze: od totalnego rezygnacji i pytania „po co mi to?”, aż po wizje natychmiastowego powrotu do ultra biegania w górach. Wszystko to oczywiście „podpalane” nadmiarem węglowodanów i bezmyślnym doomscrollingiem, żeby chociaż trochę wyrównać poziom hormonów w głowie.
Powrót do bazy
Zajęło mi to więcej czasu niż zwykle, ale w końcu wróciłem. Odwiedziłem domową siłownię i jestem naprawdę zadowolony. Słońce świeci, zjadłem zdrowy posiłek i znów mi się chce. Znów grzebię w celach, kombinuję, co ma priorytet i jak zabrać się do roboty.
Dla kogoś z boku to oczywiste oczywistości, ale tak właśnie działa głowa z ADHD. Tu nie można po prostu jeść zdrowo i zrobić siedmiu ćwiczeń w obwodzie. W tym wszystkim nie ma żadnej ukrytej magii – wszelkie warianty i udziwnienia są tylko po to, żeby nie znudziły Wam się kanały na Insta. Jajecznica, kurczak, pomidor i brokuł w zupełności wystarczą. Nie potrzebujemy „hyper-foodu” z technologii NASA. No ale neuroatypowa głowa rzadko wybiera najprostszą drogę.
AI kontra moja ambicja
Po raz kolejny obraziłem się na Garmina. Nie mam już siły klikać i planować każdego treningu w kalendarzyku. Znudziło mi się to, więc na jakiś czas oddaję się w ręce sztucznej inteligencji, a konkretnie aplikacji Heavy Trainer. Jeszcze tydzień temu uznałem ją za zbyt banalną, bo przecież „ja wiem lepiej”. Mozolnie, przewalając tony materiałów, uciułałem własny program treningowy. Z ciekawości poprosiłem AI o opracowanie planu na dziś i dostałem w zasadzie to samo – tyle że w 15 sekund, a nie w tydzień. Gotowe do działania, z obciążeniami i bez zbędnego gadania. Tyle w temacie.
Podatek od szczęścia
Wracając do deficytu dopaminowego: kiedyś te huśtawki nastroju były dla mnie przerażające. Nie byłem świadomy, jak wysoko opodatkowane są moje dobre, satysfakcjonujące chwile. Objadałem się, mózg błagał o szybkie węglowodany, sypała się dieta i schemat dnia. Czasem dochodziło nawet do somatyzacji – stawy i mięśnie bolały znacznie dłużej niż po zwykłym wysiłku. Do tego dochodziły potworne wyrzuty sumienia, że nie mam siły na trening, na działanie, na opanowanie się.
Teraz działam inaczej. Z większym szacunkiem do własnych neuroograniczeń. Dzięki temu ulga przychodzi szybciej – naturalnie, a nie „wyciśnięta” siłą. Płynę zgodnie z sinusoidą nastroju, która dzięki treningowi fizycznemu i mentalnemu staje się coraz bardziej płaska. I o to w tym wszystkim chodzi.
Nadal jest mi daleko do idealnej linii prostej. Czasem nie chce mi się gotować, wjeżdżają rekreacyjne orzeszki i batoniki, ale to detale. Te kilka dni spadku formy w skali roku nie wygląda tak źle. Nie ma sensu się chłostać. Ważne, żeby wracać do rutyny, gdy tylko poczujesz się na siłach. Robić swoje, grzebać w celach i przesuwać się do przodu. Na tym właśnie polega prawdziwa praca nad samorozwojem.






