Susz Triathlon raz poproszę!

Magia Susz Triathlon

Kiedy bez mała rok temu zapisywałem się na 1/2 Susz Triathlon nie wiem co w zasadzie mną kierowało. Jakby nie było miejscowość położona 500km od mojego rodzinnego miasta. W każdym razie impreza zdecydowanie warta tak dużego zachodu  🙂 Trzy dni triathlonowego święta i jak powiedział mój trener, każdy kto się liczy w polskim triathlonie musi tutaj po prostu być!

Stolica Polskiego Triathlonu

Ja się w polskim triathlonie liczę średnio, więc raczej nie o mnie mu chodziło  😉 Na dzień dobry jednak poznałem Jerzego Górskiego (Najlepszy), zobaczyłem z bliska Mkon’a w jego naturalnym środowisku no i Maćka Dowbora jak odbiera swoje trofeum. Ilość zawodników pro na m² onieśmielała. Trenerzy z najwyższej półki – generalnie slogan Stolica Polskiego Triathlonu przestał wydawać mi się przesadzony.

1/2 IM po raz drugi w życiu i nie ostatni! 

Po trzech latach przerwy w startach na tym dystansie (debiut w 2015 – 70.3IM Gdynia) i różnych dziwnych przygodach treningowych po drodze (o tym więcej w kolejnych wpisach), wreszcie czułem, że przepracowałem mocno zimę skupiając się na słabych stronach. Jestem dobrze przygotowany i mogę powalczyć o poprawę życiówki (niezbyt zresztą kosmicznej) – taki był plan!

Jechałem zatem dobrze się bawić, w asyście najwierniejszych kibiców, bez strachu czy ukończę zawody (to był mój największy problem przy debiucie 😉 ) i byłem naprawdę w całkiem dobrym nastroju mimo małego falstartu na 1/4 w Mietkowie gdzie poskładało mnie na bieganiu straszliwe i to dość wcześnie bo już na 3km.

Ale do rzeczy!

No to pływamy

Pływanie zaczęło się dzień wcześniej  😉 Odkąd tylko pojawiliśmy w regionie zaczęła się chyba pora monsunowa. Lało na potęgę, a temperatura spadła do 10°. Niby nic dziwnego, ale poprzedzające tygodnie to żarówka pod progiem 30° bez kropli deszczu, więc ciekawa odmiana! Warto przypomnieć że zimno i mokro to moja wymarzona pogoda na start – od samego początku miałem dobre przeczucie.

Pierwsze 400m w wodzie to była istna rzeźnia i nie pisze tego bo przeżyłem pierwsza pralkę w życiu, tylko dlatego, że mam już jakiś punkt odniesienia. Nie jestem prosem, który odsadza wszystkich na pierwszych metrach i płynie swoje, tylko środeczek pralki to moje miejsce. Ale tutaj to było bydło i tyle, bezpardonowe okładanie się po ryjkach łokciami, nogami, pięściami nawet tam gdzie nie było ku temu przesłanek a tylko okazja, lekko wyprowadziło mnie z równowagi.

Brak rolling startu na tej imprezie to skandal. Jest to duży i zarazem jedyny mój przytyk organizacyjny wobec tej imprezy.

Na nawrocie ponownie dramat, śmieszne, bo później większość tych wodnych rozbójników zamieniła się w żabkarzy i powoli zaczynałem o nich zapominać stabilizując rytm i względnie w komforcie płynąc drugie 1000m zostawiając agresywne towarzystwo w tyle… (razem wszystkiego wyszło 2000m tego ranka).

Ogólnie mówiąc, to było raczej słabe pływanie. Odzyskałem siły z początkowych walk i wyszedłem w miarę świeży jak na 100m ekstra z wody 🙂 Ahh, no i start ze stójki w wodzie – to nie jest moja mocna strona, oj nie 😉

Pływamy dale, czyli rower w mokrym Suszu. 

Susz Triathlon Rower

Strefa zmian poszła gładko, dużo miejsca i dobra organizacja na terenie „orlika” wytrzymuje próbę 750 zawodników. Organizatorzy od rana ostrzegali, iż na trasie po nocnej ulewie, mimo starań porządkowych może być ciężko i miejscami tak było. Piasek, liście, woda i pierwsze okrążenie w deszczu, do tego zimno, bardzo zimno. Jechałem tylko w stroju startowym z krótkim rękawem, cześć zawodników (których wymijałem) patrzyła z lekkim uśmiechem na mój outfit ale po nieudanym projekcie „letni wytop” mam na tyle naturalnego ocieplacza, że mogę sobie na takie szaleństwa pozwolić. Żartów nie było, kilka znanych mi zawodników zakończyło zabawę z objawami hipotermii na pierwszym kółku właśnie. Szkoda, duża bo miesiące przygotowań nie powinny się tak kończyć, ale ten sport jest całkowicie nieprzewidywalny i ma głęboko gdzieś ile trenowałeś … dowodów na to wzdłuż trasy nie brakowało – sprzęt sypał się równie mocno jak ludzie tego dnia.

Mnie jechało się dobrze, noga podawała bez oznak nieakceptowalnego zmęczenia, trochę się martwiłem że nadmierne schłodzenie może mnie zwodzić i względnie mocna jazda skończy się zemstą na bieganiu ale nie tym razem. Ładna, stabilna średnia 34km/h na 90km i przyzwoite waty jak na tak marnego kolarza jak ja dały mi ogromną satysfakcję.

Całości tego przyjemnego obrazka dopełnili kibice na trasie – to jest naprawdę mocna strona tej imprezy. Punkty dopingu robiły wrażenie, mój ulubiony to transparent nad trasą z mocowaniem na dwóch łyżakch od spychaczy – mocarze! :mrgreen:

Dla osób które się wybierają w przyszłym roku, dodam, że trasa w zasadzie płaska a dla kogoś kto trenuje na co dzień w rejonach małopolski to przewyższenia nieodczuwalne. Kawał trasy osłonięty drzewami, więc wiatr pod kontrolą. Asfalt „prawie” na całości nowiutki. Jechać, jechać nie marudzić!

Bieg, słoneczko i podbieg znikąd.

Trochę zmoknięty i zziębnięty wpadłem do T2, ale stałem na nogach i nie czułem pełnego zabetonowania więc radość była duża. Zrealizowałem cały plan żywieniowy na rowerze, wypiłem też dobrze a nie jest to u mnie sprawa prosta i zabrałem się za bieganie. Pierwsze kilometry spokojnie, bez napinek, żeby tylko fantazja nie poniosła. Nie było to łatwe – doping na trasie (mocno obsadzona kibicami pętla) niósł bardzo i nie raz musiałem wracać do założonego tempa niesiony zachętą żarliwych kibiców. Punkty żywieniowe, wolontariusze – wszystko wzorowo zorganizowane i widać że kawał serducha został w to włożony. Ja włożyłem za to wszystkie siły w improwizowany mocno przez organizatorów „podbieg” do centrum miasta na końcu pętli. Oj działo się tam, po deszczu nie było już śladu, słonko zaczęło przygrzewać, po 10km biegu żarty się skończyły.

Dobrze wykonana robota na treningach dała mi tego dnia pełny zwrot inwestycji, wytrzymałem ten półmaraton do samego końca i choć na odcinku rowerowym niektórzy zawodnicy wydawali mi się już nie do złapania, na 2 pętli byli już w zasięgu mojego wzroku. Ostatnie 7km, choć minimalnie zwolniłem, dało mi największą satysfakcję z wyścigu. Mijałem kolejne osoby i sam koniec pętli biegłem już samotnie – świetne uczucie kiedy jest z czego docisnąć na samym końcu.

Zgodnie z zaleceniami trenera, skończyłem z lekka rezerwą i choć padłem na mecie prawie na 5 minut, to w zasadzie po kwadransie byłem już gotowy zbierać się w trasę do domu 😀

Cyfra

Poprawiłem swoją życiówkę o 48 minut. W Suszu zrobiłem kawał dobrej roboty. Zatem – 5:10:15 – jest co robić do startu w Malborku. Ambitne plany są, a czwórka z przodu to nie piątka co nie?