14.PKO CRACOVIA MARATON 2015

#Miłe początki

Na tydzień przed startem dałem sobie tyle luzu ile byłem w stanie (z pracy nie zrezygnowałem jakby ktoś pytał ;)). Jadłem makaron tak jak w książkach napisali, spałem w miarę rozsądnie – reasumując powinienem odpocząć i czuć się świetnie.

Na dzień przed startem super mocy raczej nie było, ogólnie czułem się tak sobie – powiem szczerze spodziewałem się większej kompensacji, może nie super, ale większej…

W dzień startu na spokojnie, śniadanko – ekipa do autka i jedziemy, to nie pierwsze zawody więc wszystko poszło gładko 🙂

#Bum!

Biegniemy! A raczej stoimy i czekamy, to nie bieg na dychę i jak się ustawi człowiek trochę dalej (ja ambitnie wybrałem strefę 4:00-4:15, ale to wybór z zeszłego roku) to od wystrzału do rozpoczęcia biegania mija spokojnie z 5 może nawet więcej minut … więc nie ma się co spinać.

Pierwsze kilometry to wrzaski, oklaski, piąteczki i inne różne dźwięki, ogólnie trochę dziwnie i można się czuć nieswojo albo wprost przeciwnie – ja nie wiem, jeszcze się nie określiłem czy mi to pasuje czy nie – do sprawy podszedłem „na poważnie” i pilnowałem tempa od pierwszych metrów.

Pierwsze 5 KM zleciało bardzo szybko nie za bardzo kojarzę co się działo 😉 Dużo kibiców na początku i niezły hałas zrobiły swoje, pół godziny minęło nie wiadomo kiedy. Do 11KM czułem się jakbym miał zaraz zasnąć, długo nie mogłem się zdecydować czy to dobrze czy źle. 12KM i pierwsze spotkanie z „prywatnym zespołem dopingującym” od razu zrobiło mi lepiej! Na błoniach solidnie wiało, poszło trochę siły na utrzymanie założonego tempa, balonik na 4:00 był cały czas w zasięgu wzroku 😉

Długa prosta przez Most Dębnicki aż do Ronda Matecznego to wredna cześć (znana mi już z Półmaratonu Królewskiego) wieje, jest długi mało widoczny podbieg, tak sobie…bez przekonania wciągnąłem żelik i był to mój najszybszy odcinek trasy, przy następnej pętli już nie będzie tak wesoło.

Dużo nawrotów, trochę podbiegów i tak coraz dalej, na 15KM poczułem się nareszcie dobrze, przypaliłem się i doszedłem jeden balonik na 4:00 który został trochę z tył całej grupy. To mnie podbudowało aż za bardzo, humor dopisywał uciąłem sobie pogawędkę, coś tam sobie pożartowałem było nieźle.

#Pierwsza rysa

Nie wiem dlaczego, ale mocno miałem zakodowane, że nawrotka będzie na Moście Kotlarskim a tu mała niespodzianka, jeszcze 2KM agrafki i dopiero most, widziałem to na mapie, ale jak się już biegnie to jest całkiem inaczej. Pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że to jest jednak jeszcze kawał drogi i nie ma co się napinać, troszkę odpuściłem. Nad bulwarem znów wiało, trochę pogaduszek, ogólne bardzo miło było, jak w tanim amerykańskim horrorze, najpierw sielanka a później …

#Pętla z głowy …

Drugie spotkanie z kibicami pod Wawelem, czułem się naprawdę świetnie! 22KM nic się złego nie działo, balonik pomimo, że odpuściłem nadal w zasięgu wzroku! Jedziemy … nawet krzyknąłem coś tam „że teraz podkręcę …”. Aleje przepracowałem solidnie, równym tempem, na zaskakująco niskim tętnie jak na swoje obecne możliwości (w okolicy 150bpm), pogadałem z bardziej doświadczonym „weteranem” i było naprawdę ok – trochę mnie zaskoczył stwierdzeniem, że można by „już” jakiś żelik wrzucić niebawem – ja zjadłem do tej pory trzy, a czwarty właśnie miałem zamiar …

Mijam kolejnych zawodników, może nie hurtowo ale czuję, że biegnę szybciej, jest bardzo, bardzo, dobrze aż do Krakowskich Błoń … 29KM i dostaje solidny w „mordewind”, prawie mnie zatrzymało w miejscu ale jakoś się ogarnąłem i brnąłem dalej, próbowałem się chować za jakąś większą grupką ale niewiele to dało, normalnie wiatr mi nie przeszkadza, biegałem nie raz w silniejszym ale zmęczenie dało znać o sobie i psychika też już trochę siadła. „Spartanie” biegną bardzo mocno, trzymam się ich z całych sił ale przyśpieszają … e nie, to ja zwolniłem… balonik na 4:00 znikł z zasięgu wzroku… zbiera mi się na nie powiem na co… żeliki jednak zmienię ;)) i generalnie jest już po sprawie, na 30KM skończyło się „rumakowanie” a zaczął maraton.

#Balonik…

Dotarłem drugi raz na znienawidzoną prostą i dotarło do mnie, jak jeszcze cholernie daleko (ktoś kto nie zna Krakowa miał chyba trochę lepiej, następny Maraton robię w Poznaniu albo Wrocławiu J. Z pomocą kibiców i nieznanej mi siły dotarłem do 37KM, większość „podbiegów” zamieniając w „podejścia” przesuwam się do przodu, generalnie pamięć wróciła mi w momencie kiedy na wysokości Mostu Kotlarskiego pakowali jakiegoś Pana do karetki a mniej właśnie mijał balonik na 4:15 i spokojnym truchtem, razem z resztkami mojego morale pobiegł daleko w przód.

Przez chwilę miałem wrażenie, że nie mam już siły oderwać nóg od lepkiego od resztek izotonika i bananów asfaltów na punkcie obsługi podróżnych, ale jeszcze raz coś mnie pchnęło do przodu i jakoś wlazłem na ten most.

Bulwary przebrnąłem po raz kolejny zaskoczony rewelacyjną reakcją kibiców, naprawdę dostałem tam solidne wsparcie od całkiem obcych osób, które naprawdę szczerze się angażowały w doping – cholera, normalnie się tam wzruszyłem, musiałem to jakoś godnie dokończyć! Na ostatnie 2KM wbiegam przyzwoitym tempem, końcówka to już naprawdę solidna dawka emocji, tłum ludzi na Rynku i odliczanie, jeszcze kawałek, dasz radę, spokojnie to już ostatnie metry … i jest META. Uśmiechnięty i machający Rodzinny Oddział  Wsparcia czekał już z zniecierpliwieniem 😉

Z maty pomiarowej schodzę o własnych siłach, do namiotu nikt mnie nie ciągnie, ratownik medyczny nawet na mnie nie spojrzał więc chyba jest nieźle, odbieram medal i jest po „zawodach”. Rzecz jasna zrobiłem życiówkę J Na całe szczęście nie będzie trudno jej pobić 🙂

Mam trochę konkluzji ale z dwudniowej perspektywy stwierdzam, że nie będę marudził – dałem z siebie dużo, przygotowałem się na tyle na ile pozwalały warunki. Jak pomyślę gdzie byłem trzy lata temu … to naprawdę, ukończenie Maratonu wydaje się być dobrym momentem na radość z osiągniętego celu. Na poprawę wyniku przyjdzie jeszcze czas 🙂